O autorze
Ekspert ds. strategicznego zarządzania i infrastruktury. 1990-2001 wiceminister budownictwa, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych i członek zarządu Polkomtel. Obecnie Sekretarz Generalny Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji, członek międzyresortowego zespołu ds. Narodowego Programu Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej, członek Zespołu Systemu Bezpieczeństwa Narodowego w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Autor dwóch ustaw.

Zielone piekło – pacta sunt servanda

W Sejmie odbyło się niezwykle interesujące posiedzenie Podkomisji ds. Energetyki zwanej zazwyczaj Komisją Czerwińskiego od nazwiska jej przewodniczącego. Tłok taki, że trudno szpilkę wcisnąć! A co wzbudziło takie zainteresowanie, spytacie Państwo? Powodem tak wielkiego zainteresowania jest niezwykle intrygujące zjawisko, które na pierwszy rzut oka ma wszelkie znamiona cudu. Żartować jednak w tej kwestii się nie powinno, bo dla wielu inwestorów to nie ciekawostka, lecz dramat, a dla niektórych być może już tragedia.

Na specyficznym rynku zielonych certyfikatów nastąpiło ogromne załamanie ceny, ostatnio notowana cena to 112 zł/MWh bonusu za wyprodukowanie tzw. ”zielonej” energii, czyli energii ze źródeł odnawialnych. Cena, której oczekiwali inwestujący w te źródła, i którą zakładali w swoich Studiach Wykonalności, Biznes Planach i Wnioskach Kredytowych to na rok 2013 około 270 zł/MWh, czyli 95% ustalanej przez państwo opłaty zastępczej – obecnie 284,60 zł/MWh. Obecnie otrzymują niecałe 40% co oznacza bankructwo opartych na tych przewidywaniach Projektów. Projektów już działających, Projektów będących obecnie w budowie oraz Projektów przyszłych. Wszystko razem oznacza niebezpieczeństwo gremialnego wycofania się inwestorów z rynku. Zapewne nie na zawsze, ale na długo, bo kto raz się sparzył na niebezpiecznej regulacji ten będzie dmuchał na zimne i szybko nie wróci. Można się teraz zapytać, a co nas, konsumentów obchodzi, że komuś się nie opłaca inwestować – przecież to tylko jego sprawa. Postawię teraz pierwsze pytanie: kto zrealizuje nasze (polskie) zobowiązanie wykazania się 15% udziałem energii ze źródeł odnawialnych w bilansie energii końcowej w 2020 roku? Pytanie dodatkowe: czy chcemy 300 mld zł z nowej perspektywy budżetowej UE?



Analiza trendów (czyli mój Excel) wskazuje, że w tym tempie zielone certyfikaty mogą uzyskać wartość „śmieciową”, czyli 0+, już w maju tego roku. Chyba, że coś się zdarzy, np. cud. Coś więcej będziemy wiedzieć obserwując cenę w lutym i marcu. Spadek poniżej 85zł/MWh oznaczać będzie nieodwołalne „zero” dwa miesiące później.

Oczywiście powyższa prognoza może się nie sprawdzić i może być trochę lepiej. Jeśli cud się zdarzy, to w maju możemy oczekiwać ceny na poziomie 50 zł/MWh. To oczywiście też będzie dramat.

W tym momencie należy postawić drugie pytanie: co spowodowało tę dramatyczną sytuację i czy można było przewidzieć ją wcześniej? Pytanie wbrew pozorom nie jest proste – cena spada zazwyczaj w przypadku nadmiernej podaży (tak w tej chwili twierdzi Ministerstwo Gospodarki np. w piśmie wyjaśniającym do Rzeczypospolitej) lub w przypadku niewystarczającego popytu (tego powodu Ministerstwo nie odrzuca całkowicie, lecz też i nie podkreśla). Powody są ważne, bo prawidłowa diagnoza umożliwia skuteczną diagnozę.


Ja stawiam tezę, że przyczyny skonfigurowane są odwrotnie – rzeczywiście nastąpiła niewielka nadpodaż (od końca ubiegłego roku), ale od wielu lat popyt na zielone certyfikaty jest zdecydowanie niewystarczający. Ilustrują to następne wykresy, z których wynika, iż nawis certyfikatów narastał już od dość dawna – szklanka wypełniała się zwolna, a certyfikaty zaczęły się „wylewać” w sierpniu 2012 roku, a zdecydowanie w grudniu 2012. Tajemniczy powód jest dość prosty – rynek nie kupuje certyfikatów, które powinien zgłosić do umorzenia, lecz woli płacić opłatę zastępczą. Opłata zastępcza jest oczywiście droższa od certyfikatu, ale czy bardziej kosztowna? Otóż przy niewielkiej różnicy cen certyfikaty mogły być bardziej kosztowne od uiszczenia opłaty, bo do ich ceny należy dodawać koszty operacyjne (wewnętrzne np. pensje i zewnętrzne np. opłaty) a także koszty kapitałowe (certyfikaty kupuje się w ciągu roku i zamraża gotówkę, a opłatę zastępczą można uiścić przelewem elektronicznym na „5 minut przed 12”). Tak właśnie wyjaśniałem sytuację na posiedzeniu Podkomisji tłumacząc, że małym firmom obrotu mogło się nie opłacać prowadzenie kantoru obrotu certyfikatami – prostsze było uiszczanie opłaty zastępczej, jednakże wypowiedzi dyskutantów przekonały mnie, że wyjaśniałem dość głupio. Podobno opłaty zastępcze wciąż napływają do NFOŚiGW pomimo wielkiej różnicy cen i podobno opłaty wnoszą duże firmy. Jeżeli rzeczywiście tak jest to „Huston, mamy problem”.

Ten wpis zakończę trzecim pytaniem: czy przedstawioną powyżej sytuację można konstruktywnie rozwiązać? I czy można to zrobić szybko? Myślę, że da się odpowiedzieć i na te pytania. Spróbuję to zrobić, ale to już następnym razem powyżej sytuację można konstruktywnie rozwiązać? I czy można to zrobić szybko? Myślę, że da się odpowiedzieć i na te pytania. Spróbuję to zrobić, ale to już następnym razem.

Trwa ładowanie komentarzy...