Czy jestem ekoterorystą?

Na wczorajszej (27. mar. 2013) debacie zorganizowanej przez Dziennik Gazetę Prawną i BASF zostałem zmuszony do zadeklarowania się jako ekoterorysta. Debata poświęcona była wpływowi europejskiej polityki klimatycznej na kondycję europejskiego przemysłu chemicznego. Łatwo zgadnąć, że przedstawiciele tego przemysłu wpływ ten oceniają negatywnie. Trudno im się z resztą dziwić, bo polityka klimatyczna podraża koszty produkcji. Koszty w Europie, bo poza Europą opłacalność produkcji wzrostu – o różnicę w cenie kosztu emisji.

Jako inżynier budowlany i syn inżyniera chemika rolę przemysłu chemicznego znam i cenię. Szczególnie w obszarze poprawy efektywności energetycznej budynków, która to poprawa wymaga materiałów izolacyjnych, klejów, folii a także tak zaawansowanych komponentów jak materiały zmiennofazowe (PCM) wykorzystywane do przechowywania ciepła w akumulujących ciepło zaprawach, wyprawach i betonach.



Sala była w zasadzie zgodna co do tego, że europejska polityka klimatyczna niszczy europejski przemysł chemiczny. Różnice dotyczyły głównie kwestii zasadności jej (deklarowanego) celu tzn. redukcji emisji – część dyskutantów twierdziła, że sam cel jest bez sensu, część, że bez sensu jest sposób jego realizacji. Dyskusja była gorąca więc Ci pierwsi nazywali tych drugich ekoterorystami.

To zaś oznacza, że jestem ekoterorystą – ponieważ, uważam, że redukować emisje musimy – tylko nie tak, jak to proponuje i realizuje (mało skutecznie) Unia Europejska.
Może to karkołomne, ale postaram się ten punkt widzenia uzasadnić. Oto dowód:

Uzgodnijmy najpierw wartości i zasady uniwersalne:

- wszyscy ludzie rodzą się równi i mają równe prawa,
- nieodnawialne zasoby (w tym energii) są nieodnawialne, a więc jednorazowe,
- nikt nam (naszemu pokoleniu) nie dał prawa własności do ziemskich zasobów.

Emisja GHG jest dobrą miara poziomu konsumpcji Gai (zasobów, środowiska, klimatu). Wszyscy mają prawo do tego samego poziomu konsumpcji, a ci którzy konsumują więcej (UK, USA) powinni prawo do tej konsumpcji kupować od tych, którzy konsumują mniej (Indie, Bangladesz).

Powyższe wyjaśnia dlaczego europejska propozycja dla świata – redukcji „sprawiedliwej” tzn. miej więcej procentowo równej – obejmującej wszystkie państwa świata jest dla tego świata nie do zaakceptowania ponieważ faktycznie oznacza więcej dla bogatych a mniej dla biednych, podczas gdy wszyscy powinni mieć takie same prawa, a ci którzy pragną-i-mogą konsumować więcej zużywając nieodnawialne zasoby powinni płacić tym, którzy pragną-i-nie mogą. Taki rodzaj sprawiedliwości miałby, jak sądzę, znacznie większe powodzenie wśród krajów słabo rozwiniętych i rozwijających się niż nawoływanie ich do zahamowania swojego rozwoju w imię dość jednak abstrakcyjnego dla nich celu odczytywanego przez nich jako: „ograniczcie swoją małą konsumpcję abyśmy mogli zachować naszą nadmierną konsumpcję”.

Jedyne, co mnie naprawdę zdumiewa to to, że organizacje proekologiczne i zielone nie chcą tego zrozumieć i uparcie wspierają unijną koncepcję strzelając sobie samobója. Bo bez zgody biednej części świata żadnej redukcji emisji nie będzie, będzie tylko jej emigracja. Czy pisząc te słowa staję się eko-rozbójnikiem?
Trwa ładowanie komentarzy...