O autorze
Ekspert ds. strategicznego zarządzania i infrastruktury. 1990-2001 wiceminister budownictwa, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych i członek zarządu Polkomtel. Obecnie Sekretarz Generalny Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji, członek międzyresortowego zespołu ds. Narodowego Programu Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej, członek Zespołu Systemu Bezpieczeństwa Narodowego w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Autor dwóch ustaw.

Drożej by taniej

Troszczymy się o bezpieczeństwo energetyczne Europy, Polski, Rodziny, a tym czasem są rozwiązania, które dosłownie leżą na ulicy lub raczej przy ulicy, bo na naszych placach budowy. To nowe technologie, ale nie science fiction!

Mój student Andrew Leuders w swojej pracy dyplomowej zebrał bardzo ciekawe informacje na temat kosztów budowy domów pasywnych (nazywanych też niemal zero-energetycznymi). Okazuje się, że w państwach bogatych (Niemcy, Szwecja) koszty te są obecnie wyższe od kosztów budowy obiektów standardowych zaledwie o 4% ÷ 6%. Należy zwrócić uwagę nie tylko na niewielką wartość tego kosztu, ale również na niewielką rozpiętość tych granic, jak również na bardzo krótki okres zwrotu takiej, podnoszącej standard budynku inwestycji.

W państwach biednych (Czechy, Litwa, Polska, Słowacja) większe są wzrosty kosztów, większe też są rozpiętości pomiędzy oszacowaniami dolnymi i górnymi (15% ÷ 36%) – prezentuje to rysunek. Wniosek o znacznie dłuższych okresach zwrotu inwestycji „pasywacyjnej” wypływa z tych danych w sposób naturalny. (Przypomnę, że domy pasywne są droższe w budowie, lecz znacznie tańsze w eksploatacji, a konkretnie w ogrzewaniu. W Polsce nawet ośmio- dziesięcio-krotnie tańsze.)


Powyższa sytuacja prowokuje naturalne pytanie - skąd biorą się te różnice? Wydaje się, że wytłumaczeniem jest wyższy standard wyjściowy podstawowego obowiązującego rozwiązania (i energetyczny – domy są lepsze, i cenowy – domy są droższe), ale również różnica w poziomie rozwoju rynku budownictwa nisko-energetycznego – produkty nisko-energetyczne są tańsze i łatwiej dostępne.


A skąd bierze się ta różnica? Jest ona proporcjonalna do poziomu rozwoju systemów wsparcia dla tego rodzaju budownictwa. W Polsce, formułując rzecz w języku poprawności politycznej, jesteśmy dopiero na początku tej drogi – dokładnie w punkcie zero. Powyższy tekst jest próbą uzasadnienia funkcjonowania publicznych (państwowych, samorządowych i tym podobnych) programów wspierających wdrażanie innowacyjnych technologii (mówię tu o wdrażaniu istniejących rozwiązań, a nie o badaniach – to inna historia).

W kwestii budownictwa niemal zero-energetycznego argumentem dodatkowym jest ciążący na nas obowiązek wdrożenia Dyrektywy EPBD (Energy Performance of Building Directive) a konkretnie jej przepis mówiący, że od 1 stycznia 2021 roku wszystkie budynki oddane do użytkowania muszą być niemal zero-energetyczne. Budynki sektora finansów publicznych poddane są temu wymogowi już dwa lata wcześniej.

A tymczasem my nawet nie wiemy, co w Polsce oznacza dom niemal zero-energetyczny, ponieważ ciągle nie mamy naszej polskiej definicji takiego obiektu. Nie mając definicji ani harmonogramu pasywacji (wymaganego przez Dyrektywę EPBD) nie możemy mówić o mechanizmach wsparcia, bo jak wspierać coś, co w sferze formalnej nie istnieje!

Można oczywiście stwierdzić, że nie ma sensu wspierania czegoś, co i tak musi zostać wdrożone. W kraju rozsądnym dylemat ten powinien być rozstrzygnięty w procesie optymalizacji odpowiadającym na pytanie, ile nasze państwo powinno wydać (wydać więcej), aby nasze społeczeństwo wydało mniej. Znasz li ten kraj?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...